Wszystko co zostało stworzone – zostało najpierw „zmyślone”. Przecież te krzesło na którym teraz siedzisz, ten ekran z tekstem w który się teraz wpatrujesz, wraz z programem który go odtwarza jeszcze niedawno nie istniały. Każda wartość jaką chcemy dodać do świata, najpierw musi zostać „zmyślona”. W dzieciństwie dorośli nas ganili: „Nie zmyślaj!”… jednak nie znam lepszej metody na rozpoczęcie tworzenia. Nic tak abstrakcyjnego, tak mocno nie wpływa na świat rzeczywisty jak właśnie to.
Mowa oczywiście o WIZUALIZACJI.
Tą można zawrzeć w prostym przykładzie, cytacie z serialu „Cesarstwo Rzymskie”, kiedy to najsłynniejszy z gladiatorów ówczesnego świata – niepokonany Narcissos powiedział: „Każdą walkę wygrywam dwa razy – pierwszy raz w swojej głowie, a dopiero później na arenie”
Niewątpliwie te zdanie niesie wiele prawdy, przyjrzyjmy się tej metodzie treningu mentalnego nieco bliżej. Jako narzędzie do pracy z podopiecznym / klientem jest to swego rodzaju pisanie historii w naszym umyśle (oraz oczywiście artykułowanie tego na głos), która najczęściej jeszcze się nie wydarzyła. Ma to wiele zastosowań, np. przygotowanie do nadchodzącego wyzwania i złagodzenie z nim związanego stresu (o czym jeszcze będzie mowa) lub przygotowanie się na możliwie jak najwięcej utrudnień, wypracowanie schematów zachowania w sytuacjach kryzysowych lub poradzenie sobie ze zdarzeniem z przeszłości lub przyszłości, które nas wewnętrznie blokuje. Najlepiej kiedy to klient / podopieczny prowadzi swoją wizualizację, a my jako trenerzy/mentorzy ją tylko kontrolujemy i naprowadzamy na odpowiednie tory. Pierwszą wizualizację prowadzi jednak mentor/trener, tak aby w pewnym sensie nauczyć w jaki sposób ona przebiega.
Według słownika „wizualizacja” to przedstawienie czegoś w formie obrazu – i tutaj już możemy zauważyć pewną nieścisłość w odniesieniu do treningu mentalnego. Otóż wizualizacja jako metoda treningowa nie ogranicza się tylko do zmysłu wzroku. Możemy wizualizować także dźwięki, zapachy, odczucia, temperaturę, nacisk itd. tworząc wielowymiarowy, wieloskładnikowy i wielozmysłowy twór wyobraźni. Co ciekawe, im bardziej szczegółowy i precyzyjny jest to obraz, tym efektywniej on na nas oddziałuje. Nie musimy się też ograniczać co do logiki opisu, nadrzędną zasadą wizualizacji, niech będzie jej indywidualność, szczerość i nieskrępowane emocje. Jeśli ktoś chce czuć zapach suchości, niech to poczuje, jeśli ktoś chce zobaczyć medal z bijącą od niego ciepłą energią to niech tak to sobie „zmyśli”, a jeżeli chce usłyszeć czyjeś milczenie pełne podziwu to nie zabierajmy mu tego.
Wizualizacja mocno współgra z takimi praktykami jak np. hipnoterapia oraz programowanie neurolingwistyczne, które ja sam chętnie używam do pracy z ludźmi na sesjach. To mój indywidualny sposób, który łączy te sztuki, jednak jest na tyle prosty, że możesz go używać bez specjalnych kursów czy szkoleń. Nie mniej warto zainteresować się tymi metodami, jeśli chcesz pracować na najwyższym poziomie.
Dzielę wizualizację na 3 etapy:
- Rozluźnienie – tutaj warto przybrać możliwie jak najbardziej wygodną pozycję ciała, jednak im bardziej będzie zbliżona do tej w której śpisz tym większe prawdopodobieństwo, że właśnie zaśniesz. A co się stanie jak podczas wizualizacji ktoś zaśnie???… nic. „Najgorszy” skutek to wypoczęcie organizmu, a w najlepszym przypadku może trafimy z implikacją czegoś dobrego podczas wejścia mózgu w fale alfa lub theta gdzie, podświadomość jest w pewnym stopniu „otwarta” na sugestię. Kiedy mamy już dobrą pozycję ciała, należy zadbać o uregulowanie/uspokojenie oddechu. Można to zrobić prostym sposobem – liczyć do 7 na wdech, do 7 na bezdechu i do 7 na wydechu, lub po prostu skupić się na samym oddechu wielowymiarowo – poczuć jaka jest temperatura powietrza które wdychamy, jego zapach i życiodajną energię, zwrócić uwagę jak podnosi się nam klatka lub brzuch, a także poczuć przyjemne rozluźnienie kiedy wydychamy powietrze z płuc. Te ćwiczenia mają także swoje drugie dno – wprowadzają umysł w stan obecności tu i teraz, skupiając uwagę na danej chwili, niejako odciągając natłok myśli, który towarzyszy nam na co dzień. Ostatnią częścią relaksacji, jest świadome rozluźnienie swojego ciała. Najlepiej robić to skupiając się na poszczególnych częściach anatomicznych (nie rozdrabniając się oczywiście na wszystkie nazwy kłykci, ścięgien i mięśni) od stóp do głów lub odwrotnie. Zamiast wymieniać 34 mięśnie grzbietu, wystarczy powiedzieć łopatki/góra pleców, lędźwie/dół pleców (tak wiem, że kości się nie da rozluźnić – nie bądźmy tacy małostkowi, działa? Działa.) Już tutaj zaczynam wizualizację – rozluźnienie warto czymś uwarunkować- jeśli coś jest skutkiem, jakiegoś zdarzenia, jest o wiele łatwiej przyswajalne dla umysłu i tym samym efektywniejsze w wizualizacji. Co zabawne – złożoność przyczynowo-skutkowa w wyobrażeniu wcale nie musi być podparta prawami fizyki czy chemii świata rzeczywistego – często używam w wizualizacji materiałów takich jak piasek na plaży, mech w lesie czy nawet promyk słońca do tego żeby przekazać swoistą „energię rozluźnienia” dodając do niech tylko odrobiny fantazji. Tak porządnie rozluźnieni jesteśmy gotowi na kolejny etap.
- Tworzenie – Najważniejsza część tej metody. Tworzymy tutaj historię – może to być dzień zawodów, ważnej rozmowy z kontrahentem, randki z poznaną przez internet dziewczyną itd. Zasady są te same, jesteśmy w tym dniu, mówimy z pierwszej osoby (mówisz: robię to, a nie zrobiłbym), szczegółowo opisujemy otoczenie (niech poniesie nas wyobraźnia, zdziwisz się jaką ma moc), jednak najbardziej skupiamy się na tym no co realnie mamy wpływ. Jeśli nie wiemy jak wygląda sala na której odbywa się mecz – wizualizujmy swoje odczucia, emocje. Jeśli nasza walka ma być o 13, lepiej być gotowym na to, że z różnych powodów może się opóźnić i odbyć się np. przy sztucznym świetle, więc zamiast wizualizować ciepłe słońce za oknem, niech po prostu światło (jakie by nie było) dopompuje Ci energię. Jeżeli wiesz, że coś będzie na pewno (np. jajka z boczkiem na śniadanie w hotelu), niech doda Ci energii do działania lub cokolwiek innego uważasz, że potrzebujesz. A co jeśli nie pójdzie po Twojej myśli? Na to też warto się przygotować. Możesz raz na jakiś czas wizualizować sobie schematy, którymi posłużysz się w trudnym momencie. Swoich zawodników programuje, żeby odczuwali jeszcze większą determinację, siłę i luz, kiedy tylko dostaną mocny cios. Zamieniam naturalny odruch obronny – strach(uciekaj) lub agresję(walcz) w jeszcze mocniejsze podbicie stanu „flow” w ringu, lub na macie. To nie jest proste – jednak systematycznym treningiem, hipnoterapią i NLP, jest jak najbardziej do wypracowania. Nie zbyt często bo tylko średnio 1 na 5 wizualizacji może dotyczyć przygotowania na „czarne chmury”. Dodatkowo wizualizacja, jak wcześniej wspomniałem, może być narzędziem do poradzenia sobie z traumatycznymi wydarzeniami z przeszłości lub do wyjęcia pewnych mentalnych drzazg, których w realnym świecie nie mamy już możliwości (lub nie po prostu chcemy) wyjąć.
- Ostatni etap to spokojne i swobodne wyjście z wizualizacji. Powrót do tu i teraz, do świata rzeczywistego. W tym momencie dajemy jasną wiadomość naszemu umysłowi, żeby to co wytworzył swoją kreatywnością przekuł na świat materialny. Tutaj ma miejsce ostatnia implikacja, ugruntowanie sugestii, które wprowadzaliśmy do podświadomości. Dajemy czas na przeprocesowanie zmian i pozwalamy na otwarcie oczu w naturalnym i indywidualnym tempie. W fizycznym aspekcie – wyprowadzamy z „głębszych” fal mózgu, żeby np. nie stracić równowagi przy wstawaniu. Przy przepracowywaniu np. toksycznych relacji i wizualizacji rozmowy z jakąś osobą – ważne jest, dać na koniec jasną informację do umysłu, kto jest kim (np. nazywam się Michał Aponiewicz i nie jestem Twoim tatą), aby nie tworzyć niepotrzebnych dysonansów poznawczych w mocno eksploatowanym podczas wizualizacji umyśle.
Wizualizacja daje szereg korzyści na poziomie mentalnym oraz fizycznym.
- Obniża stres / poziom kortyzolu w organizmie wywołanym uczuciem lęku przed nieznanym, przed porażką. Przyzwyczajamy umysł do pewnych sytuacji. Coś co już przeżyliśmy, kolejny raz nie wywoła, aż takiej reakcji – kiedy raz skoczy się ze spadochronem (i wyląduje), drugi lot będzie o wiele spokojniejszy. Kiedy jesteśmy spokojni stać nas na większy pęd, wyobraźnię, pływ czy cokolwiek innego akurat jest potrzebne. Strach zaciska gardło, niepotrzebnie spina mięśnie i wyłącza nam niektóre części mózgu.
- Trenujemy naszą kreatywność, zaradność i zdrową elastyczność. Kreacja historii daje nam poczucie (tak dokładnie to nie daje, lecz wyzwala) sprawczości nad naszym życiem.
- Badania pokazują, że trening wyobrażeniowy realnie wpływa na naszą fizykę. W momencie wyobrażenia konkretnego ruchu, zachodzą podobne procesy neuronalne jak w treningu tradycyjnym. (Starosta, 1990, Botwina i Starosta, 2002; Botwina i Krawczyński, 2003, Hall i Fishburne 2010)
Nasz wybitny bramkarz Jerzy Dudek powiedział:
„Tuż przed meczem lubię wyobrazić sobie to, co za chwilę może się wydarzyć, Jak ustawić się przy
wolnych, jak wyjść do rzutów rożnych. (…) A jak już ruszę na mecz i wychodzę do pierwszego
dośrodkowania, to już wiem jak się zachować ponieważ przed chwilą widziałem to oczyma
wyobraźni”
Możemy to połączyć z budowaniem pewności siebie, medytacją, wieloma metodami terapii i cyk… kreujemy schematy myślowe (łańcuchy reakcji), dotyczące istotnych dla nas sytuacji. Podchodzisz do dziewczyny z super pomysłem na powitanie, a gdy przyjdzie co do czego odwracasz się na pięcie? Masz świetny produkt, ale gdy tylko ktoś jest pewny siebie nie umiesz go sprzedać? A może jesteś mistrzem treningu, a na zawodach klepią Cię nowicjusze? Warto spróbować wizualizacji… Cóż, i tak często ją robimy – wymyślamy sobie w głowie czarne scenariusze, które niestety często się później przydarzają.
Pamiętajmy o tym, że wizualizacja nie może zastąpić realnego działania, treningu, wyjścia do klienta czy jakiejkolwiek innej praktyki. Nie mniej jednak, może być doskonałym dopełnieniem lub łagodnym, wręcz inkubatorowym startem.
Zachodnia cywilizacja, strasznie mocno przykleiła się do intelektu i logiki, zapominając o odczuwaniu i intuicji, choć coraz bardziej zbadane, często pozostają jeszcze w sferze wiary. Entymologicznie jednak w języku naszych przodków „wiedza” i „wiara” stoją obok siebie. Może warto więc otworzyć się na coś innego, metafizycznego?
